Osiąganie podróżniczych celów – czy warto?

Co jakiś czas przez sieć przebiega informacja o kimś zbierającym fundusze na ukończenie podróży życia czy zdobycie jakiegoś odznaczenia. Do najbardziej znanych zalicza się Korona Ziemi, czyli zdobycie najwyższych szczytów na wszystkich kontynentach, ale są również inne tematy, które rozpalają ludzką fantazję na całym świecie. Wielokrotnie spotykam na swojej drodze ludzi, którzy mają jasno określony cel – odwiedzę wszystkie europejskie stolice za życia czy przejadę rowerem po dawnych ziemiach Rzeczypospolitej. Niebezpieczeństwem jednak w takim zbieractwie jest zatracenie sensu, a skupienie się jedynie na zaliczaniu kolejnych punktów…

Przed wieloma laty zbierałem punkty OTP, czyli Odznaki Turysty Pieszego i wtedy to właśnie odkryłem na własnej skórze niebezpieczeństwo jakie niesie za sobą zbieranie „punktów” na siłę. W pewnym momencie, żeby zdobyć brakujące punkty odwiedzałem mało interesujące miejsca tylko po to, żeby dostać pieczątkę i zbliżyć się do kolejnej odznaki. Szybko okazało się, że kiedy dostałem złoty znaczek wcale nie poczułem się lepiej, a nawet może i miałem kaca moralnego – udało się to szybko, ale czy naprawdę odkryłem te miejsca, czy po prostu przez nie przebiegłem?

Mój wujek postanowił, że na emeryturze odwiedzi wszystkie byłe miasta, które przed reformą administracyjną były miastami wojewódzkimi. Odwiedzam go raz do roku i z radością oglądam pocztówki z kolejnych miast i słucham o jego przygodach. Jest to jedna z wielu dróg kiedy to cel jest łatwo osiągalny, ale te podróże się „smakuje” a nie „odznacza” na mapie. Znam również wiele osób, które latami gromadzą szczyty Korony Gór Polski, czy odwiedzają wszystkie górskie schroniska w Polsce. W obieraniu podróżniczych celów ogranicza nas tylko fantazja i można wymarzyć sobie, że odwiedzi się za życia wszystkie miejscowości uzdrowiskowe w Polsce, albo wszystkie te położone po lewej stronie Wisły… Celowo piszę o lokalnych, polskich możliwościach, bo przy nich najłatwiej nauczyć się systematyczności i zawziętości w dążeniu do celu.

Cel można sobie wybrać, ale czasami pojawia się on spontanicznie. Po latach fotografowania w Dolomitach stwierdziłem, że brakuje mi kilku górskich jezior, których nie widziałem – od czasu kiedy się o tym zorientowałem staram się je „dozbierać” do mojej kolekcji. To co jednak moim zdaniem jest najważniejsze to stawianie małych kroków na drodze do celu i smakowanie samego szlaku, a nie jedynie zwycięstwa. W dobie tanich lotów i współczesnej komunikacji można odwiedzić wszystkie europejskie stolice w ciągu kilku dni. Pytanie jednak czy warto? Czy nie lepiej poświęcić na to 5 lat, ale każdą podróż przeżyć w wyjątkowy sposób?

Lubię stawiać sobie osiągalne cele. Wybieram też tematy, których odkrywanie mnie cieszy i daje dużo radości samo w sobie. Mógłbym przecież zapragnąć nurkowania we wszystkich oceanach świata, ale ani nie umiem nurkować, ani nie lubię wody. Taki cel byłyby dla mnie bez sensu, a dla kogoś innego okaże się oczkiem w głowie. Lata doświadczeń skłaniają mnie do redukcji mojej listy, a niekiedy po prostu pewien rozdział uważam za zamknięty i idę dalej. To co uważam, że jest bardzo pozytywne w określeniu własnych marzeń i miejsc „must see i must be” to fakt, że nadaje to sens i momentami dodaje motywacji do kolejnych podróży. Dobrze jest jeśli liczba magnesów na lodówce zmusza do jej wymiany na większą. Ważne tylko, żeby wyciskać z tych chwil jak najwięcej i żeby te podróże nie kończyły się w drzwiach domu, ale trwały jeszcze latami ożywiane we wspomnieniach i opowieściach.